Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami Oddział w Szczecinie
Przekaż 1% podatku, kliknij tutaj

Aktualności

« Powrót do spisu newsów

LIST DO MIŁOŚNIKÓW ZWIERZĄT - 23.06.2010

Dodany przez redakcję dnia 24.06.2010 o godzinie 07:44
 

LIST DO MIŁOŚNIKÓW ZWIERZĄT

W związku z tym, że mamy wiosnę, a z nią masowe rozmnażanie się ptactwa, wśród ludzi, którym nie obojętny jest los zwierząt, pojawił się problem. Wiele zwierząt dzikich, które spotykamy na swojej drodze wymaga naszej pomocy. Jednak uwierzcie mi wiele z nich tylko pozornie potrzebuje naszej opieki!

Pozornie porzucone pisklę drozda śpiewaka (Turdus philomelos), które dziś znalazło się pod moją opieką, nie powinno być wzięte z lasu !!! Dlaczego?

Otóż, młode drozdy w wielu wypadkach opuszczają gniazdo, gdy jeszcze... nie potrafią dobrze latać. Skaczą sobie takie maluchy, gdzieś po trawniku czy po ściółce leśnej i rozdziawiają wielkie dzioby. Sprawiają wrażenie samotnych opuszczonych i szukających rodziców. No i jak się tu takim nie zaopiekować?

Tymczasem taki pisklak, a właściwie podlot, jest pod stałą opieką rodziców. Wprawny obserwator, który na chwilę się oddali i poobserwuje malucha z pewnej odległości, na pewno zobaczy rodziców, którzy co jakiś czas przylatują go karmić. A gdy będziemy się do takiego młodego drozda zbliżać, na pewno usłyszymy nerwowe głosy jego mamy i taty.

Jaki stąd wniosek? Sroki, kawki, wrony, sowy, muchołówki, sikory i inne dzikie pisklaki nie powinny być wynoszone z lasu, pomimo, że wydaje nam się, że są samotne, a rodzice je porzucili. Jeżeli jednak serce wam „krwawi" jak widzicie takiego malucha, poczekajcie chwilę i popatrzcie z daleka, cicho..... widzicie to troskliwy tata podlatuje, by nakarmić swego malucha, a tam dalej mama patrzy czujnym okiem czy jej dziecku nic się nie dzieje.

Drozd, który jest u mnie nie ma już mamy i taty, a oni już nie mają swojego dziecka, dlatego że ktoś nieodpowiedzialny, ale z wielkim sercem zabrał go od rodziców. Ma teraz mnie, ale co ja mogę? Dam mu pić wody, dam mu zjeść ślimaka czy dżdżownicę, poćwiczę z nim latanie. Ale...

Czy nauczę go żerować?  Nie!

Czy nauczę go ptasiej mowy i komunikacji? Nie!

Czy ja pachnę ptakiem? Nie!

Czy nauczę go ptasiej miłości? Nie!

Czy ja przypominam ptaka?   Raczej, nieJ!

Tak naprawdę nie umiem nic, co ptasie, a zabierając go z lasu ktoś pozbawił go tej rodzicielskiej szkoły przetrwania i skazał na inwalidztwo. Naprawdę jest mało prawdopodobne, że po wypuszczeniu na wolność, o ile drozd przeżyje pod moją opieką, a z tęsknoty za rodziną serce mu nie pęknie, ta ptaszyna sobie poradzi.

Będę starać się z całych sił, by jego naturalne instynkty nie wygasły, ale rodzicom byłoby łatwiej i jemu też, a przede wszystkim byłoby to zgodne z naturą drozdową.

Proszę was!!!!! Przy każdym potrzebującym dzikim zwierzaku, zanim zabierzecie go z jego domu pomyślcie, popatrzcie i zatrzymajcie się na chwilę.... Jeżeli nadal, myślicie, że ten maluch powinien iść z wami poczekajcie.... zapytajcie się kogoś, zadzwońcie do TOZ, a tam odpowiedzialni ludzie wami pokierują. Ale uwaga dopóki nie będziecie na sto procent pewni, że zwierzę, którym ptak jest także, potrzebuje waszej pomocy nie dotykajcie go i trzymajcie się z daleka. Wasza obecność i zapach są dla tego malucha i jego rodziców zagrożeniem. Jak dotkniecie malca, a rodzice to wyczują, mogą go odrzucić, bo ten zapach będzie dla nich obcy.

Proszę wszystkich odpowiedzialnych miłośników zwierząt, by przekazywali tą wiedzę w świat, by poszła dalej i by w przyszłości żaden ptasi i jakikolwiek zwierzęcy maluch nie musiał pozostać sierotą przez naszą głupotę, popartą wielkim sercem. Czasem trzeba nasze wielkie serducho i opiekuńcze odruchy trzymać w ryzach, zastąpić je rozsądkiem i racjonalną myślą.

Wielbiciel animalsów!

 

PS.

Wczoraj z rana Waldemar (tak drozd został ochrzczony J), po ponad tygodniu niewoli, pełen życia, silny i zdrowy, ze znacznie już podrośniętym ogonem (wcześniej go nie miał J), najedzony i napity, wyfrunął z klateczki na otwartą przestrzeń. Początkowo nieśmiało usiadł mi na ramieniu, potem przemieścił się na głowę, a po chwili poderwał się do góry. Zatrzymał się na garażu, oblukał okolicę i pobliskie drzewa, których w rejonie na szczęście jest dużo, upodobał sobie jabłonkę, potem dąb, a następnie wielką sosnę. Popatrzył na mnie jednym okiem, drugie zawiesił na niebiosach, wydał z siebie soczysty świergot i zniknął. Cały dzień łaziłam po ogrodzie i gwizdałam jak najęta, ale Waldemar już nie wrócił, jak zwykle to odchorowałam, martwiąc się i pytając wszystkich domowników - czy aby na pewno ptaszor nadawał się do wypuszczenia? Tego się nigdy nie wie.

Od dwóch dni Waldzio miotał się dosyć intensywnie po klatce, próbując wyczaić jakąkolwiek dziurę, by uciec. Wypuszczony w pokoju wariował, biegał po podłodze, szukał robactwa i podlatywał na meble.

Jest taka zasada, jeżeli podlotek jest tak energiczny i nadpobudliwy, to znak że jest gotowy do wypuszczenia. Jednak pewności nigdy się nie ma, czy nadszedł właściwy czas. Myślę jednak, że w przypadku Waldemara czas był najwyższy i myślę też, że udało mu się oddać w tym wypadku z sukcesem, to, co jest dla niego najcenniejsze, czyli wolność. Dzikość serca przyjdzie jak tylko tę wolność poczuje, a także towarzystwo swoich pobratymców. Miejmy nadzieję, że spłodzi wiele drozdów, które są pięknymi, mądrymi ptakami i jak sama się mogłam przekonać rzeczywiście pięknie śpiewają J.

Małgorzata Dziewanowska-Rogalska

 

« Powrót do spisu newsów
Strona używa informacji zapisanych za pomocą cookies.

Chcielibyśmy zapisać na Twoim komputerze anonimowy plik cookie, który pozwoli nam zliczać Twoje odwiedziny na stronie.
Czy wyrażasz na to zgodę?

Więcej o plikach cookie